Lubomira Bendik
W 1939 roku ja wróciłam z mamą z wakacji chyba na jeden dzień przed, chyba 29 albo 30 sierpnia, tak że tuż przed. No i mówiło się o tym, że ta wojna już miała wybuchnąć i rzeczywiście 1 września wybuchła. Mieliśmy takie dyżury, że gdyby było bombardowanie, to żeby zawiadamiać wszystkich lokatorów, żeby schodzili do piwnicy. Szyna tam wisiała żelazna i w to się młotkiem czy czymś uderzało. Co dwie godziny były te dyżury. Ponieważ ja miałam 12 lat, to uważali, że ja jeszcze nie powinnam, ale bardzo mi zależało na tym, żeby też brać udział w tej obronie, to też miałam tam jakieś godziny swoje i pilnowało się ewentualnie tych alarmów lotniczych i wtedy wszyscy schodzili do piwnicy, albo początkowo do naszego mieszkania, bo my na parterze mieszkaliśmy. Też z tego okresu to sobie przypominam, że były zbierane rowery dla wojska. I to było na tym placu, który był obok nas, gdzie jeździło się na rowerach i tam była zbiórka tych rowerów, więc z całego miasta przychodzili ludzie, żeby oddać wojsku, bo każdy chciał wspomóc w jakiś sposób. Ja nie miałam swojego roweru, tylko taki starszy rower ojca, no i oczywiście poszłam z tym rowerem, żeby go [ofiarować]. I tego roweru nie chcieli przyjąć, bo jakoś miał kierownicę nie taką. W każdym razie bardzo taka zawiedziona wracałam stamtąd, że tego roweru ode mnie nie przyjęli. Ale może też i w pewnym sensie uratowałam się, ponieważ jak złożone były te rowery to one dość błyszczały…
Źródło:

historyk, miłośnik historii Lublina. web-developer