Pan Teofil J. zamieszkujący w jednym z domów na placu Bychawskim był sobie od urodzenia człekiem o wesołym usposobieniu. Lubił się bawić w licznym towarzystwie, tańczyć i szaleć „na całego”.

Los chciał, że pan Teofil poznał pewnego razu młodą, przystojną i niezwykle żywą dziewczynkę, imieniem Klara. Nie namyślając się długo, jak to się mówi: „opętał się”.
Życie małżeństwa płynęło z początku beztrosko i miło. Póki była zima pan Teofil trzymał się „jako tako”, ale z nastaniem lata sielanka cała popsuła się. Wysławszy żonę na letnisko do jakiejś miejscowości kuracyjnej, sam poczuwszy się swobodny, powrócił do starego, kawalerskiego trybu życia. Codziennie przebywał w licznem gronie przyjaciół i… przyjaciółek. Organizował zabawy z obfitem raczeniem się monopolówką.

Wszystko było by dobrze, gdyby w dniu onegdajszym , kiedy w mieszkaniu pan Teofil zabawiał się wesoło, rozległo się nagle mocne pukanie do drzwi. Pukanie to z każdą sekundą stawało się coraz mocniejsze. Tak tylko dobijają się gospodynie do własnych mieszkań.

Na tę myśl na pana Teofila wstąpiły ostre poty. Zwinął się biedak w kłębek, ale poszedł i otworzył drzwi. Panią Klarcią, na widok „bałaganu” domowego wstrząsnął srogi gniew. Chwyciła ona za stojącą w przedpokoju szczotkę i poczęła przepędzać całe towarzystwo, które z wrzaskiem w popłochu ratowało się ucieczką. Nie lada sensację mieli mieszkańcy domu widząc uciekające „towarzystwo”. Co tam miał od żony pan Teofil, nie będziemy tutaj tego opisywać. Wiadomo, że po tym wszystkim chodził długo z zabandażowaną głową.

Źródło:
„Ziemia Lubelska”, 1931 nr 186.

historyk, miłośnik historii Lublina. web-developer