Powstanie kościoła Bernardynów wiąże się z legendą spisaną ze starych ksiąg i przekazów ustnych mieszkańców Koziego Grodu.

Rankiem pewnego dnia po ciemnej i ulewnej nocy biedny mieszczanin lubelski imieniem Jan wybrał się z siekierą po drzewo do lasu. Nieopodal miasta zobaczył 6 pięknych wiśniowych wołów, skubiących trawę na wzgórzu w miejscu, gdzie dzisiaj zbiegają się ulice Bernardyńska i Dolna Panny Marii. Woły były zaprzężone do ogromnego wozu, na którym znajdowała się wielka drewniana skrzynia, okuta żelazem. Mieszczanin począł rozglądać się za woźnicą, a nie widząc go nigdzie, zaczął nawoływać. Czuwająca przy Bramie Krakowskiej straż miejska, słysząc wołanie nabiegła, sądząc że przytrafił się jakiś nieszczęśliwy wypadek ubogiemu Janowi, którego widziano, jak wybierał się do lasu.

Jan wraz ze strażnikami poszukiwali przez dłuższy czas właściciela lub woźnicy, ale nadaremnie. Wokół wozu poczęła gromadzić się ludność, zaciekawiona tajemniczym ładunkiem, zamkniętym w potężnej skrzyni. Kiedy straż miejska chciała zaprowadzić zaprzęg przed Magistrat, aby tam przekazać go Ojcom Miasta, woły nie chciały ruszyć z miejsca. Wobec tego radni przybyli na wzgórze celem rozpatrzenia i rozsądzenia sprawy.

Po długich naradach skrzynię postanowiono otworzyć. Uchylono wieko, a oczom zebranych ukazał się ogromny skarb. Skrzynia była pełna złota, klejnotów i różnych drogocennych przedmiotów. Na kosztownościach leżał zwinięty w rulon pergamin. Nieznany właściciel dla okupienia swych win polecił w piśmie cały skarb przeznaczyć na budowę kościoła, który ma stanąć tam, gdzie zatrzymały się woły. Świątynia według życzenia hojnego ofiarodawcy miała stanąć frontem tak, jak będzie stać wóz.

I tak niezwłocznie przystąpiono do budowy kościoła, który cieszy Lublinian po dziś dzień.

Źródło:

Gazeta Lubelska, 1946 nr 304, [http://dlibra.umcs.lublin.pl – dostęp lipiec 2017]

 

historyk, miłośnik historii Lublina. web-developer