Dziesiąta – dzielnica jak każda inna. Zaczyna się za wiaduktem przy ul. Kunickiego. W czasach PRL-u cieszyła się złą sławą. Adolf Lekki, znany lubelski pisarz i dziennikarz wydał nawet w latach 80. cykl reportaży o tej dzielnicy: „Dziesiąta – dzielnica cudów”.

Wiadukt. Za nim od strony miasta zaczyna się inny świat. Ul. Kunickiego zawsze cieszyła się złą sławą. Tunel był granicą oddzielającą tę „lepszą” część miasta od tej „gorszej”. Dziesiątą nazywano „dzielnicą cudów”. Bo „cuda” to tu czasem się rzeczywiście zdarzały.

Kilkaset metrów za wiaduktem stoi do dziś Dom Kultury Kolejarza. Wejście do niego znajduje się od strony ulicy. Ale przez wiele lat tylko najodważniejsi zaglądali na tyły tego budynku. Tam znajdował się „małpi gaj”, który każdy omijał szerokim łukiem. Jeśli komuś pomyliły się kierunki i nieopatrznie tam zabłądził, musiał się pogodzić ze stratą portfela, a niekiedy z tym, że siniaki pod okiem długo dawały znać o sobie.
Sam dom kultury w czasach PRL-u tętnił życiem. Odbywały się tu liczne koncerty; występował tu m.in. Andrzej Rosiewicz, Maanam, Ogród Wyobraźni, Mech, Lombard czy Czesław Niemen.

Barwną postacią Kunickiego był niejaki „Razio”

Niewielki wzrostem, zawsze ubrany – nawet w upały – w szary płaszcz był znaną postacią tej ulicy. Nie mówił, tylko artykułował dziwne dźwięki i zaczepiał ludzi, głównie na przystankach. Czasami wsiadał do autobusu lub trolejbusu i jechał jeden, dwa przystanki. Od czasu do czasu kogoś uszczypnął. Był nieszkodliwy, nie było w nim żadnej agresji. Wyciągał rękę albo łapał na rękaw i prosił o papierosa. Po jakimś czasie „Razio” zniknął. W prasie było nawet jego zdjęcie. I komunikat, że wyszedł domu i nie wrócił. Nie wiadomo, co się z nim potem stało.

Tu, gdzie dziś mieści się „Głodny Królik” – w pobliżu ul. Wyścigowej była niewielka smażalnia. Wchodziło się do niej schodkach. Małe pomieszczenie, pełno dymu. I zawsze pełno ludzi. Można tu było zjeść frytki, smażoną kiełbasę, kaszankę. Ale nie po takie frykasy przychodzili tu klienci. Piwo. To było magnesem.

„Przystań” – na roku Kunickiego i Zemborzyckiej to była w porównaniu z tą smażalnią ekskluzywna restauracja. W lecie stoliki na zewnątrz. Stali bywalcy byli z kelnerkami na „ty”. I byli obsługiwani w pierwszej kolejności. Pozostali musieli swoje odczekać. Kiedyś jeden z klientów – po długim oczekiwaniu – spytał grzecznie, co ma zrobić, żeby wreszcie dostać piwo. – Może pan zatańczyć – usłyszał.

To była normalna, peerelowska speluna – wspominają ten lokal starsi mieszkańcy Dziesiątej. – A i oberwać nie było trudno. Postrach siał przez pewien czas niejaki „Niuniek”, który potrafił jednego dnia ćwiczyć lewy prosty na wszystkich wchodzących i wychodzących. I wtedy ani wejść ani wyjść. Milicja była tu dość często, ale niemal codziennie ktoś wychodził z restauracji na tył budynku, gdzie za pomocą pięści tłumaczył innemu, kto ma rację w sporze.


Na dzielnicy dość często dochodziło to bójek, włamań i rozbojów. Były też zabójstwa. Do jednego z nich doszło w bloku przy ul. Dunikowskiego. Sprawca został bardzo szybko zatrzymany i skazany. Był to młody mężczyzna, który zabił swoich rodziców, poćwiartował ich zwłoki i schował w piwnicy.

Na początku lat 80. powstała pierwsza prawdziwa kawiarnia na Kunickiego

Mieściła się w prywatnym domu niedaleko stacji benzynowej (obecnie Orlen). To już nie była speluna. Wygodne kanapy, dyskretne światło, plusze i dużo różu. Do tego koktajle, wino (oczywiście importowane, bez siarki). Lokal jednak długo nie działał. Nie przyjął się; był za kulturalny.
Popularnym miejscem była też niewielka cukiernia naprzeciwko kościoła. Nie było tu może słynnych jak w Wadowicach kremówek, ale ciastka były zawsze świeże i smaczne.
W latach 80., kiedy modne były czapki z lisów, na uliczkach przylegających do Kunickiego często zdarzały się napady. Złodzieje podbiegali do swojej ofiary tam, gdzie było ciemno, zrywali czapkę z głowy i uciekali. Zdarzało się również, że ofierze zabierali też futrzany szal z lisa.
Jeden z mieszkańców ul. Mireckiego do dzisiaj wspomina, jak kilkadziesiąt lat temu niechcąco przestraszył inną mieszkankę dzielnicy. Wszystko przez to, że mało kto czuł się tu bezpiecznie.

Śpieszyłem się na nocny pociąg – opowiada pan Janusz. – Musiałem najpierw dojechać autobusem na dworzec, a było późno, dlatego zacząłem biec. Przede mną szła jakieś kobieta. Jak usłyszała, że biegnę, to od razu przyśpieszyła, a potem i ona zaczęła biec. Po pewnym czasie dała jednak za wygraną, stanęła zziajana i z taką złością zaczęła krzyczeć do mnie: no i co teraz mnie okradniesz, zgwałcisz czy zabijesz?. Zgłupiałem. – Pani da mi spokój, biegnę na przystanek.

Pamiętam, że w czasach PRL-u Kunickiego i okolice dworca rzeczywiście nie należały do najbardziej bezpiecznych – mówi Jacek Mirosław, wieloletni fotoreporter lubelskich mediów. – W bramach i przy sklepach zawsze stało kilku panów, którym akurat brakowało kilku złotych do piwa czy wina. I zaczepiali przechodniów. Szczególnie nieprzyjemnie było nocą, wówczas tylko najodważniejsi zapuszczali się w to miejsce.
O ile sama ul. Kunickiego była oświetlona i miała chodnik, o tyle boczne uliczki były zazwyczaj ciemne, a po opadach deszczu nie dało się dojść do domu, nie brudząc butów.

Po roztopach, czy też jesienią szłam do szkoły, trzymając się siatki ogrodzeniowej kolejnych posesji, bo tylko tam było w miarę sucho – wspomina Elżbieta W., mieszkanka ul. Traugutta. – Potem wiele osób nakładało na buty plastikowe torby, żeby dojść do przystanku. Najgorzej mieli ci, którzy mieszkali na Staffa czy Orzeszkowej. Końcowy przystanek był wtedy przy Mickiewicza i musieli przeszło kilometr iść do domu omijając liczne kałuże i błoto. To było miasto, ale samo otoczenie było tak jak na wsi. Ciemno, brudno.
Do dzisiaj na Dziesiątej można jeszcze natrafić na uliczki, które mają tzw. kocie łby sprzed kilkudziesięciu lat, jak chociażby ul. Żeromskiego.

Na Dziesiątej funkcjonował (działa do dziś) dzielnicowy klub sportowy Sygnał

Na piłkarskie mecze przy Zemborzyckiej przychodziło swego czasu sporo kibiców. Oprócz piłki nożnej, silna była także sekcja tenisa stołowego. Przez wiele lat była też sekcja siatkówki. Boisko powstało w miejscu dawnej cegielni. Przez wiele lat trybuny stadionu były największym na dzielnicy miejscem spotkań „towarzyskich” pod chmurką. Rozbite butelki, połamane ławki i pełno śmieci – tak przez wiele lat wyglądało to miejsce. Pod koniec lat 80. na stadionie odbywała się co tydzień giełda handlowa, która ściągała tu tłumy kupujących.

Sama ulica Kunickiego nie była przyjemna. W lecie strasznie się kurzyło, podczas pluchy z kolei na chodnikach było pełno kałuż, a i samochody nieraz potrafiły ochlapać. I o tego ciemno, ponuro. W latach 60. i 70. ulica była tak zniszczona, że Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji nie chciało obsługiwać tras przebiegających tą ulicą argumentując, że autobusy i trolejbusy łamią tu resory. Kierowcy trolejbusów skarżyli się z kolei, że na Kunickiego często „dowcipnisie” podbiegają na przystanku do pojazdów i ściągają pałąki.

Przy samej ulicy było wiele sklepów spożywczych, kiosków, warzywniaków, ale po odzież trzeba było jechać już „za tunel”. Nie było tu także zbyt wielu zakładów pracy. Oprócz istniejącego do dziś browaru, funkcjonowała również drożdżownia, a w okolicach dzisiejszego Lidla – piekarnia. W przylegających do Kunickiego uliczkach działało również wiele prywatnych warsztatów samochodów i zakładów ślusarskich. Ulica Wyścigowa kończyła się na bramie prowadzącej na teren jednostki wojskowej, która miała nawet swoją bocznicową linię kolejową.
Podczas kryzysu ulubionym miejscem spotkań kierowców była stacja benzynowa – tu, gdzie jest dzisiejszy Orlen. Zanim wprowadzili kartki na paliwo, działy się tu dantejskie sceny. Sznur samochodów ciągnął się od stacji przy Kunickiego, do Wyścigowej, potem zakręcał w Wojenną w kierunku Nowego Światu.

Od redakcji: Bardzo serdecznie dziękuję p. Krzysztofowi Załuskiemu za nadesłanie powyższego tekstu.

Tomasz Brzuszkiewicz

historyk, miłośnik historii Lublina. web-developer