Nie oglądam namiętnie, lecz parę razy zerknąłem. Fani rosyjskiego serialu „Kozacka miłość” napewno znają postać Czarownika – Serafina, który zdaniem lokalnej społeczności potrafił rzucać złe uroki. I chociaż te rzeczy dziś wydają się zaściankowe i po prostu głupie, takie osoby niegdyś żyły także na lubelskiej wsi.

Przykładem byli tak zwani owczarze (w gwarze „owcarze”), którzy pracowali we dworze. Mieli oni we wsi szacunek i poważanie, gdyż prawdopodobnie przejęli spuściznę wiedzy po czarownicach. Tacy oczarze posiadali kość czarnego kota, gotowaną w zamkniętym garnku na rozstajnych drogach. Posiadacze takich kości mieli dostęp do przeróżnych cudactw. Większość czasu przebywali ze zwierzętami, co jak tradycja głosi, sprawiało że przejmowali moc tych zwierząt. A to dawało im nadludzkie możliwości, chociażby rzucania uroków, „zaklinania”, ale też i leczenia z wielu chorób.

Nową wiadomością podzielił się jeden z komentujących na portalu społecznościowym Facebook. Otóż okazuje się, że jego prapradziadek był prawdopodobnie takim owczarzem w XIX wieku i żył w podlubelskich wówczas Abramowicach, w bliskim sąsiedztwie kościoła św. Jakuba Apostoła. Według tradycji przekazanej ustnie, był on bardzo szanowanym we wsi człowiekiem, ale też bano się go, żeby kogoś w akcie zemsty przypadkiem nie „zaląkł”. Potrafił „sprowadzić złe”, gdy ktoś zalazł mu za skórę.

Przeczytaj także:  Zabobony, czary, gusła naszych wsi

Tomasz Brzuszkiewicz

historyk, miłośnik historii Lublina. web-developer

Podziel się
Jeżeli podobał się Tobie ten post, proszę

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pozwoli mi to nadal rozwijać ten portal.