Balkony Lublina w 1911 roku – między hortensją a tuszą zająca

Wiosna 1911 roku wdzierała się nieśmiało w zaułki Lublina, zaglądała na podwórza, wdrapywała się po fasadach kamienic i pukała do żeliwnych balustrad. A jednak – mimo jej upartych pąków i pierwszych promieni – balkony w mieście uparcie opierały się jej urokowi. Zamiast zieleni i kwiecia, zamiast pelargonii czy błękitnej lobelii, na wielu balkonach można było dostrzec… tuszę zająca, nogi indyka lub sarnę „zażywającą świeżego powietrza”. Balkon, który mógł być świątynią codziennego piękna, zamieniał się w półkę na chłodnicze resztki kulinarne, świadectwo sztuki – owszem – ale tej kuchennej, nie ogrodniczej.

Od hortensji po werbeny – kwiaty na każdy balkon

A przecież wybór roślin był już wtedy szeroki, nawet bardzo. Dla cienistych balkonów polecano dzikie wino – wijące się cicho po poręczach, które jesienią błyszczało szkarłatem i purpurą. Rekomendowano również bluszcz – niewymagający, nieco mniej efektowny, lecz wdzięczny, pod warunkiem przezimowania w piwnicy i letniego nawożenia płynnym nawozem.

Na balkonach wystawionych na słońce z powodzeniem kwitły pelargonie bluszczolistne – aż do późnej jesieni. Towarzyszyły im petunie i werbeny o jaskrawych barwach, lobelia, powabne dzwonki, a nawet heliotrop, fuksje i begonie. Te ostatnie wprawdzie wymagały więcej słońca, lecz hortensje – jak zachwycano się wówczas – potrafiły obejść się nawet bez niego, co czyniło je doskonałym wyborem na balkony cieniste.

Balkon – więcej niż wieszak na pierzyny

Tymczasem z okien redakcji „Ziemi Lubelskiej” widać było coś zupełnie innego. Jak pisano w kwietniu 1911 roku, zaledwie „parę balkonów w całym mieście” przystrajano roślinnością. Reszta służyła do trzepania pościeli, suszenia prania, przechowywania rupieci – i w niektórych porach roku – do ekspozycji tusz dziczyzny z wiejskiej zagrody. Indyki, zające, koguty, a nawet sarny i „szlachetne ptactwo” wisiały na poręczach w oczekiwaniu na kuchenny los, ku niekłamanej ciekawości przechodniów. Granica między balkonem a spiżarnią zawieszoną w powietrzu zacierała się z zadziwiającą łatwością.

A przecież balkon miał być – i był dla nielicznych – przedłużeniem mieszkania, miejscem na poranną kawę, gazetę, oddech od ciasnoty wnętrz. „Czyż nie przyjemniej będzie zamiast spędzać chwile w szpetnej klatce, przebywać wśród zieleni i kwiatów w miniaturowym, ale własnym ogródku?” – pytano w tonie, w którym słychać było więcej zawodu niż nadziei.

Zamiłowanie do piękna – luksus, na który nie wszystkich było stać

W epoce drożyzny – jak zauważano – mieszkanie z balkonem było przywilejem ludzi zamożniejszych. A jednak nawet ci, którzy mogli sobie pozwolić na „zbytek piękna”, rzadko z niego korzystali. Miast sadzić pelargonie, wystawiali tusze. Zamiast stworzyć sobie ogród w powietrzu, czynili z balkonu zamrażarkę z widokiem na bruk.

A w porze pełnej wiosny, lata i pięknej polskiej jesieni?

Gdy wszystko wokół rozkwitało, lubelskie balkony nadal milczały gołą, żelazną balustradą. Zbyt często były smutne, surowe, przerażająco nagie – jakby piękno nie miało tam wstępu. A przecież mogły być jak te zagraniczne, „spowite w zieleń i kwiecie”, jak te z widokówek z Krakowa czy Warszawy.

Minęło ponad sto lat, ale pytanie tamtej redakcji wciąż wydaje się aktualne. Ile naszych balkonów to dzisiaj przestrzenie życia, a ile tylko techniczne przybudówki, schowki, sznury na pranie? Czy nie warto raz jeszcze przypomnieć sobie, że balkon – choćby najmniejszy – może być oknem na ogród, jeśli tylko dopuścimy tam odrobinę zieleni i troski o piękno?

Żródło:

Ziemia Lubelska R.6, nr 102 (13 kwietnia 1911)

Wesprzyj portal, udostępniając znajomym:

W tym miesiącu wspierają Nas:

Zapraszamy na nasze pozostałe serwisy:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Obserwuj nas