Był ranek, 5 sierpnia 1920 roku. Miasto jeszcze cicho oddychało snem, gdy na wyznaczonym placu w Lublinie zaczęli gromadzić się mężczyźni. Nie żołnierze – jeszcze nie – ale ludzie, którzy przyszli odpowiedzieć na wezwanie. Ruszyli z domów o świcie: urzędnicy, rzemieślnicy, studenci, członkowie lokalnych organizacji i zwykli mieszkańcy, których wojna wypchnęła z roli widzów w rolę uczestników.
Tamtego dnia odbyła się w Lublinie pierwsza zbiórka pogotowia wojennego – ochotniczej formacji zawiązanej z inicjatywy Wojewódzkiego Komitetu Obrony Narodowej. W obliczu zbliżającej się fali bolszewickiej ofensywy, miasto nie czekało z założonymi rękami. To nie był już tylko front gdzieś daleko, to była wojna, która zbliżała się do bram.
Zgłosiło się ponad 400 mężczyzn, reprezentujących 16 różnych organizacji, ale też wielu niezrzeszonych, pchanych zwykłym, ludzkim poczuciem obowiązku. Wśród nich sześćdziesięciu wyraziło chęć wzięcia udziału w ekspresowym kursie podoficerskim – dziesięć dni, po pięć godzin dziennie. Resztę podzielono na grupy ćwiczące wcześnie rano (od 6 do 8) i wieczorem (od 7 do 9). Po zbiórce – przegląd lekarski. Rutyna, jak w wojsku, ale duch – obywatelski.
Nie była to regularna armia, ale miała być jej wsparciem. Pogotowie wojenne, choć stworzone ad hoc, miało funkcjonować systematycznie. Codzienne zbiórki, ćwiczenia, przygotowanie do sytuacji, w której każdy metr miasta może stać się linią frontu. Dowództwo objął kapitan Suszkowski, wyznaczony przez Dowództwo Okręgu Generalnego w Lublinie. Biura zapisu do pogotowia miały rozpocząć działalność w najbliższych dniach – wszystko działo się szybko, w atmosferze mobilizacji, ale też niepokoju.
Przypomnijmy co działo się w tych dniach
Sierpień 1920 roku to czas, gdy Polska stanęła na krawędzi niepodległości. Bolszewicka ofensywa była w pełnym rozmachu – upadł Mińsk, Brześć, groźba utraty Warszawy była realna. Lublin, położony na osi wschód-zachód, znajdował się na zapleczu frontu – ale nikt nie miał wątpliwości, że w każdej chwili może stać się jego częścią.
To właśnie w takich miastach – Lublinie, Chełmie, Zamościu – budziła się nie tylko obrona państwa, ale duch społeczeństwa obywatelskiego. W obliczu zagrożenia znikały podziały: polityczne, klasowe, światopoglądowe. Liczyło się tylko jedno – wspólny wysiłek.
Ten krótki komunikat prasowy z Kurjera Polskiego odsłania tylko fragment większego obrazu, ale jest świadectwem, że Lublin nie spał, gdy ważyły się losy kraju. Że był gotów – nie tylko oddać swoich synów na front, ale sam stać się jego częścią. Na placu, o świcie, pod sztandarem wspólnej sprawy.
Źródło:
Dodaj komentarz