Zapadnięte podwórze przy Krakowskim Przedmieściu 30 w maju 1935 roku

Było po dziesiątej rano, 8 maja 1935 roku. Wiosenny dzień w Lublinie – nie za ciepły, nie za chłodny. Taki, jakich tuzin przewija się co roku przez Krakowskie Przedmieście. Kamienica pod numerem 30, należąca do sukcesorów Jana Jędrzeja, nie wyróżniała się szczególnie – ani w górę, ani w dół. Ot, dom jakich wiele: z podwórzem wewnętrznym, piwnicami i oficyną od strony wschodniej.

Noc wcześniej pękła rura wodociągowa. Woda, której nikt nie zatrzymał, przez kilka godzin sączyła się w ziemię, podmywając grunt pod podwórzem i fundamentami. Nikt nie widział, co dzieje się pod powierzchnią – ale ci, którzy tam mieszkali, wiedzieli jedno: coś jest nie tak. Chodnik, jeszcze dzień wcześniej równy, rano wyraźnie się ugiął.

Dozorca Tomasik, wraz z pomocnikiem – 60-letnim Janem Powązką – zeszli na podwórze. Rozpoczęli rozbiórkę płyt chodnikowych, najpewniej z myślą, że coś się naprawi, może wzmocni. Z nimi było jeszcze dwóch mężczyzn. Nic nie wskazywało na to, że za chwilę dojdzie do wypadku.

I wtedy to się stało. Podwórze zapadło się pod nogami. Płyty poleciały w dół z hukiem, który poniósł się echem po oficynach. Razem z nimi runęła część ściany – cztery metry muru lewej oficyny zawaliły się niemal do wysokości pierwszego piętra.

Powstał chaos. Jeden z robotników, Jan Powązka, został zasypany – wyciągnięto go ciężko rannego, z połamanymi żebrami i zmiażdżoną klatką piersiową. Tomasik miał więcej szczęścia – wyszedł z zawaliska z lżejszymi obrażeniami.

Na miejscu szybko pojawiły się władze – starosta grodzki, prezydent Piechota, przedstawiciele policji i nadzoru budowlanego. Podjęto natychmiastową decyzję o ewakuacji mieszkańców – nie z powodu samego zawalenia, ale pęknięć, które zaczęły pojawiać się na kolejnych ścianach budynku.

Trudno dziś ustalić, ilu dokładnie ludzi musiało wtedy opuścić swoje mieszkania. Nie zachowały się pełne listy lokatorów, ale wiadomo, że pod Krakowskim Przedmieściem 30 mieszkało kilkanaście rodzin. Każda z nich nagle znalazła się poza domem, z tym, co akurat miała przy sobie.

Szpital przyjął Powązkę w stanie ciężkim, ale lekarze nie tracili nadziei. Pęknięcia żeber były groźne, zwłaszcza jeśli doszło do uszkodzenia płuc – o tym, czy przeżyje, miały zadecydować kolejne dni.

Dziś, dziewięćdziesiąt lat później, kamienica przy Krakowskim Przedmieściu 30 znów znalazła się w centrum podobnego niepokoju. Pękające ściany, ewakuacja mieszkańców, decyzje nadzoru budowlanego – jakby echo tamtego majowego poranka sprzed lat znów przeszło przez to samo podwórze.

Źródło:

Głos Lubelski : pismo codzienne : [organ prasowy endecji lubelskiej Narodowej Demokracji], 1935, R. 22, nr 133

Wesprzyj portal, udostępniając znajomym:

W tym miesiącu wspierają Nas:

Zapraszamy na nasze pozostałe serwisy:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Obserwuj nas