Twój koszyk jest obecnie pusty!
W lipcu 1954 roku Lublin tętnił życiem bardziej niż kiedykolwiek od zakończenia wojny. Miasto – symbol pierwszej stolicy Polski Ludowej – przechodziło gorączkową metamorfozę. Odbudowywano Stare Miasto, porządkowano ulice, wznoszono nowe osiedla i przygotowywano się do uroczystych obchodów dziesięciolecia Manifestu PKWN. W tym czasie reporter „Życia Literackiego”, Marek Adam Jaworski, opisał z bliska atmosferę tamtych dni – entuzjazm, tempo zmian, rozmowy z robotnikami, a także emocje zwykłych mieszkańców, którzy patrzyli na swoje miasto jak na cud.
Jego tekst „Lubelski lipiec 1954”, opublikowany w numerze 29 tygodnika Życie Literackie z 22 lipca 1954 roku, to nie tylko kronika odbudowy, ale i zapis nastroju – wiary w postęp i w siłę wspólnego wysiłku. Dziś, po siedemdziesięciu latach, czytamy go jak reportaż z innej epoki – pełen detali, emocji i charakterystycznego języka powojennego optymizmu.
W 1954 roku wielu mieszkańców Lublina, gdy znalazło się na Starym Mieście albo na terenach przy Zamku Lubelskim, przecierało oczy i — szczypało się w rękę z niedowierzaniem. To, czego dokonano w ciągu kilku miesięcy, prześcignęło najśmielsze marzenia. Ale cóż, był to czas, kiedy rzeczywistość wyprzedzała marzenia. Nikt nie przypuszczał w 1944 roku, że już za kilka lat powstanie w Lublinie Fabryka Samochodów Ciężarowych, że w Poniatowej stanie wielki obiekt przemysłowy — Zakłady Sprzętu Instalacyjnego, w Kraśniku — Fabryka Wyrobów Metalowych, w Bodaczowie — kombinat tłuszczowy, w Rejowcu — cementownia–gigant…
Plan sześcioletni wkroczył na Lubelszczyznę z impetem. Czerwona cegła pięła się w górę, a dłonie robotników zamieniały plany w żelbetowe konstrukcje. W tym samym czasie stare mury Lublina ożyły młodością. W niewielkim mieście działały już cztery wyższe uczelnie – studenci w bordowych i białych czapkach nadawali ulicom ton nowej epoki.
Powiedzmy otwarcie: w 1954 roku centrum miasta było brudne i zaniedbane. Jak na pierwszą stolicę Polski Ludowej — to był wstyd. Ojcowie miasta skoncentrowali swój wysiłek na rozbudowie Lublina. Zaplanowano i zbudowano dwa osiedla mieszkaniowe, ale Śródmieście nie mogło być powodem zachwytu. Nawet krytyka niewiele pomagała. Na wszystko była odpowiedź:
„Budujemy FSC, a reszta… jakoś to będzie.”
Na rzadko której naradzie panowała taka cisza, jak podczas jednego z lutowych dni w sali konferencyjnej Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Do aktywu partyjnego i gospodarczego przemawiał I sekretarz KW — Paweł Wojas:
„Miasto nasze ma poważne zaniedbania w zakresie budownictwa urządzeń komunalnych, rozbudowy urządzeń kulturalnych — słowem, tego wszystkiego, co charakteryzuje wielkie miasto socjalistyczne. Te zaniedbania musimy jak najszybciej usunąć. Z pomocą przychodzi nam KC naszej Partii i Rząd, które powzięły decyzję o uroczystym obchodzie w Lublinie dziesięciolecia PKWN i o wystawie rolniczej w naszym mieście.”
To przemówienie zapoczątkowało zapewne falę zmian. Od tej chwili cały Lublin pracował „na lipiec”.
Południe. Słońce stało wysoko, a w powietrzu unosił się zapach wapna i świeżego asfaltu. Na chwilę można było odetchnąć — choćby na ławce, w cieniu młodych drzew, które dopiero co zapuściły korzenie na placu Stalina (plac Litewski). Autor reportażu siadł, by odpocząć. Po chwili obok przysiadają dwaj robotnicy. Zmęczeni, lecz zadowoleni. Jeden trzymał torbę z czereśniami, drugi pół bochenka chleba i zawiniątko z kiełbasą. Rozmawiali z ożywieniem. Widać, że znali rytm Lublina — miasta, które było jednym wielkim placem budowy, ale też już pachniało nowością.
– My jesteśmy z Warszawy – mówił młodszy, wesoły, rozmowny. Starszy, nazwiskiem Dziemborowski, kiwał głową. Przyjechali pomagać lubelskim murarzom.
To codzienny obraz tamtego Lublina: przyjezdni robotnicy, inżynierowie z Warszawy, rzemieślnicy z innych regionów. Miasto stawało się wspólnym projektem. Dla jednych — symbolem nowego początku, dla innych — żywym dowodem, że Polska potrafi podnieść się z ruin.
Przed Bramą Rybną stał inż. Bogdan z warszawskiego Zjednoczenia Robót Elewacyjnych. Dobry znajomy redaktora Jaworskiego z MDM-u i Muranowa.
— Klnę już trochę — mówił, choć trudno w to uwierzyć. Ten człowiek nie wygląda, by potrafił się denerwować.
— Bramę Rybną zrobimy na czas. Podjęliśmy się — będzie gotowa. Ale przecież lubelskie ZBM nie wykona na czas gzymsów.
— Jakich gzymsów?
— No tych, na Krakowskiej Bramie. My te gzymsy mamy jeszcze otynkować. I nie tylko to nas czeka. Rusztowania zdjąć — też nasza robota.
Inżynier Bogdan to twórca Bramy Rybnej. Powstała teraz od podstaw, na miejscu zburzonej ok. 1860 roku. Stare Miasto odbudowywane było według dawnych planów.
Stare Miasto urzekło warszawiaków. Jaworski rozmawiał z wieloma spośród nich — mistrzami od Starówki i MDM-u, których trudno posądzać o kurtuazję.
Z nieoczekiwaną jednomyślnością każdy z nich mówił:
— Tu jest pięknie. Wszystko zachowało się takie jak dawniej…
Jedna rzecz działa wszystkim na nerwy — Trybunał, postawiony na środku Rynku. Ten olbrzymi budynek dzieli plac na cztery uliczki i zasłania widok na zabytkowe kamieniczki. Gdyby ktoś urządził konkurs na najpiękniejszą elewację Starego Miasta, zdania byłyby z pewnością podzielone. Jedni zachwycali się „Kamienicą pod Lwami”, inni — „Kamienicą Muzyków”, a jeszcze inni — „Kamienicą Strażaków”. Każda piękna w swoim rodzaju, każda inna.
Piękne ozdoby stanowią dzieło warszawskich i lubelskich plastyków. Wiele dekoracji wykonano techniką sgraffito — czyli wydrapywania wzorów w kilku warstwach kolorowego tynku.
Jak tłumaczył inż. Henryk Gawarecki, lubelski specjalista od zabytków:
„Sgraffito polega na pokrywaniu ściany kilkoma warstwami tynków w różnych barwach i wydrapywaniu ostrymi narzędziami wierzchnich warstw, by odsłonić głębsze.”
Wówczas dokonano w Lublinie nie byle jakiego odkrycia. Na ścianie kamienicy przy ul. Grodzkiej 8, po rozbiórce sąsiedniego budynku, odkryto fragmenty oryginalnego sgraffita z początku XVII wieku. Miłośnicy sztuki mieli z czego się cieszyć.


Zamek budził szereg refleksji. Ponad 120 lat w tej dawnej siedzibie Jagiellonów mieściło się więzienie. Tutaj Niemcy, w przeddzień panicznej ucieczki z Lublina, wymordowali około dwieście osób.
Niełatwo było uczynić z tego miejsca Dom Kultury. Przebudowa sal i remonty wymagały czasu — wszystkiego nie udało się zrobić do 22 lipca. Ale już w niektórych salach znajdą się eksponaty Centralnej Wystawy Rolniczej.
Podzamcze, osiedle mieszkaniowe, to dar budowniczych Szczecina. Mieli wiele pracy, bo grunt okazał się bagnisty — domy mogły „usiąść”. Aby temu zapobiec, pod fundamenty wylano żelbetowe płyty. Harmonogram tego nie przewidywał, ale szczecinianie nie zawiedli. Pracowali bez oglądania się na zegar. Ich ambicją było oddanie bloków na czas. I dziś stoją — pokryte czerwoną dachówką.
Przed pawilonem roślin przemysłowych na wystawie rolniczej grupka kobiet malowała barwne rośliny. Słonecznik, len, konopie…
Po chwili dowiaduję się, kim są.
— Ja przyjechałam do Lublina aż z Zalipia. To w Krakowskiem, u nas tak cała wieś pracuje chałupniczo — mówiła dość korpulentna chłopka o cygańskiej urodzie.
Nazywała się Felicja Curyło. Jej sześcioosobowy zespół ma już niejedno osiągnięcie. To one ozdobiły salę dziecięcą na statku „Batory”, a ślady ich pracy można znaleźć i na warszawskiej Starówce.
Źródło:
„Życie Literackie”, R. 4, nr 29 (22 VII 1954), s. 3.
Rekonstrukcja i redakcja: RynekLubelski.pl, 2025.
W tym miesiącu wspierają Nas:
Zapraszamy na nasze pozostałe serwisy:
Zostań naszym partnerem. Zapoznaj się z pakietami reklamowymi
od 49 zł / miesiąc
Obserwuj nas

Dodaj komentarz