Sklep

Konto

Lublin i ranni żołnierze. Pierwsze tygodnie wolności i szpital „Bobolanum” (Lublin, wrzesień 1944)

Wesprzyj portal, udostępniając znajomym:

Gdy w Warszawie trwały jeszcze dramatyczne walki powstańcze, Lublin – od niecałego miesiąca wolny – próbował organizować codzienne życie w zupełnie nowych warunkach. Jednym z pierwszych i najważniejszych wyzwań była opieka nad rannymi żołnierzami Armii Polskiej. Już 27 sierpnia 1944 r. uruchomiono w gmachu „Bobolanum” pierwszy wojskowy szpital ewakuacyjny. Miał być wspierany wysiłkiem całego społeczeństwa. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej skomplikowana.

Początkowo zakładano, że mieszkańcy miasta przejmą na siebie ciężar utrzymania placówki. Szybko jednak okazało się, że lokalne struktury obywatelskie są zbyt słabe, rozproszone i chaotyczne, by sprostać zadaniu. W efekcie szpital przeszedł pod bezpośrednią opiekę wojskowego Departamentu Zdrowia.

Do dziś nie wiadomo – pisała prasa z września 1944 r. – czy zawiodło konkretne środowisko, czy ogólna powojenna nieudolność i zmęczenie. Pewne jest natomiast, że potrzeby były ogromne, a czasu bardzo mało.

Szpital ruszył pełną parą: z 500 planowanych łóżek zajęto niemal wszystkie już w pierwszych dniach. Personel lekarski i sanitarny w dużej mierze rekrutowano z mieszkańców miasta – lekarzy, sanitariuszy i ochotników. Powołano:

  • 14 stałych lekarzy,
  • 7 lekarzy angażowanych czasowo,
  • oraz liczne grono pielęgniarek i sanitariuszek.

Największym problemem okazał się jednak właśnie personel pielęgniarski. Zawodowych pielęgniarek zgłosiło się niewiele. Braki uzupełniano „panienkami dobrej woli”, które często miały tylko krótkie, czysto amatorskie szkolenie. Dlatego szpital musiał sprowadzić część wyszkolonych pielęgniarek aż z Taszkentu, gdzie działała polska wojskowa szkoła medyczna.

Lublin, choć zmęczony wojną, reagował serdecznie. Do „Bobolanum” przychodziło wiele kobiet, niosąc paczki z papierosami, jedzeniem, drobnymi upominkami. Problem pojawił się bardzo szybko: niektóre sale — głównie te na parterze i niższych piętrach — otrzymywały więcej darów niż inne. Ranni z wyższych kondygnacji bywali pomijani, a dodatkowo część żołnierzy wymagała diet specjalnych. Aby uniknąć niesprawiedliwości i chaosu, komendant szpitala powołał komisję społeczną złożoną z:

  • trzech pań z „Domu Żołnierza”,
  • przedstawicieli samych rannych.

Jej zadaniem było przyjmowanie i równy podział podarunków.

W pierwszych tygodniach po wyzwoleniu prasa lubelska podkreślała, że ranni żołnierze są „najbliższymi gośćmi miasta” — walczą pod Warszawą o wolną i wielką Polskę, a ich ofiara życia i krwi nie może pozostać bez odpowiedzi. Redakcja „Gazety Lubelskiej” zadeklarowała comiesięczną pomoc w wysokości 1000 zł na utrzymanie szpitala, równocześnie wzywając:

  • wydawnictwo „Rzeczypospolitej”,
  • redakcję „Odrodzenia”,
  • instytucje, zakłady, przedsiębiorstwa,
  • oraz osoby prywatne.

Darowizny pieniężne można było składać bezpośrednio w redakcji lub w komendzie szpitala; prezenty rzeczowe — przekazywać do „Bobolanum”. „Lublin nie może zawieść. Nic nie może braknąć rannym żołnierzom w murach miasta, które za wolność płacą ceną swojej krwi” — pisała Gazeta Lubelska.

Równolegle miasto starało się uporządkować życie gospodarcze. Przy Związku Kupców powstała sekcja restauratorów i cukierników, która zaczęła regulować ceny posiłków i dążyć do wprowadzenia tzw. tanich „obiadów urzędowych”. Price fix dla całego miasta: 30 zł za obiad — z planem dalszych obniżek, gdy sytuacja rynkowa ustabilizuje się po wojennej zawierusze. Władze Miasta deklarowały, że zezwolenia na otwarcie nowych lokali gastronomicznych będą wydawane tylko pod warunkiem dostosowania się do cen „urzędowych” i obowiązków wobec sekcji.

Źródło:

Gazeta Lubelska. R. 1, nr 33 (1944)

W tym miesiącu wspierają Nas:

Zapraszamy na nasze pozostałe serwisy:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Obserwuj nas

Nasze portale