Istne nieporządki w Lublinie (1778)

Z drugiej połowy XVIII wieku (r. 1778) bardzo niepochlebne mamy świadectwo o porządku, a raczej nieporządku miejskim w Lublinie w pamiętnikach Koźmiana, który tak pisze:

Prócz rynku, żadna ulica nie znała bruku. Od ulicy Pojezuickiej nie można się było dostać suchą nogą do ratusza, trzeba się było na koniu babrać i zabrzygiwać, bo pojazdem dla kałów i bojaźni wywrotu puszczać się było niebezpiecznie. Ojciec mój sprowadził sobie ze wsi wielkie i grube ławy, czyli pokłady, któremi kazał ustać trotoar pod murem szkolnego gma­chu aż do pustéj przechodniéj kamienicy Stoka Aptekarza, o czém mówiono jak o rzeczy nadzwyczajnéj i nazywano Koźmianowskiemi ławami. Żadnéj policyi w mieście, żadnéj stra­ży od ognia i żadnych narzędzi, chociaż był magistrat, który się w lichéj kamienicy własnéj na Kapitulnéj ulicy mieścił, a Starosta lubelski miał obowiązek czuwania nad porządkiem i bezpieczeństwem. Był nim podówczas Jan Zamojski Wojenwoda podolski, lecz ten spieral się i kłócił z Wojewodą lubel­skim, księciem Antonim Lubomirskim o propinacyą i jurysdykcyą nad Żydami, których jego oficyałsi obdzierali, a o pomyślności miasta żaden z nich nie myślał. Tak, że w rok późniéj Król Stanisław August, jadąc z Wiśniowca przez Lublin zna­laźł zakazane przez siebie bramy tryumfalne, a nim się do­brał do ratusza, z landeną uwinął w błocie przed bramą Świętoduską, że go nawet cugi marszałka Olizara wyciągnąć nie mogły, aż zaprzeżono woły.

„Żadna ulica nie miała latarni, ledwie przed ratuszem dwie się tylko paliły. Idący pieszo ubożsi nosili latarki ze świeczkami, lub niemi posługiwali. Noszono bułty safa­nowe żółte, czerwone, lub zielone, a trzeba było w nich po błocie deptać i suknie jedwabne zaszargiwać. Za pojazdami zwy­kle stawało dwóch lokajów, lub hajduków z zapalonemi pochodniami, przed piesemi służący niósł płonącą pochodnią. Otrząsali je o rogi kamieni, lub uderzali niemi w drewniane bariery dla lepszego rozzajśnienia. Kawaly rozpalonéj smoły długo potém gorzały na ulicy, stąd dym i para. To jedno było światło, które ciemne, błotniste i po części drewnianemi domami poprzecinane ulice oświecało; między cuda policyi należy, że się kiedy pożar nie wszczął.

A jednak było to miasto, w którém mieścił się sąd ziemski i grodzki, palestra, dependenci; dokąd zjeżdżali de­putaci na trybunał; gdzie się odbywały sejmiki, świetne uczty i bale.

„Dopiero Kajetan Hryniewiecki, wpierw Kasztelan Kamieniecki, a potém Wojewoda lubelski, mąż prawy, nieska­żony i czynny, wielką usilnością, wytrwałością i pracą wydobył to opuszczone i nieszczęśliwe miasto z rozwalin, z popiołów i błota. On, stanąwszy na czele Komisyi boni ordinis i wezwawszy do niéj majętniejszych obywateli, tak ziem­skich, a własności swoje w mieście posiadających, jako też miejskich, wynalazł, uporządkował, powiększył dochody dotąd rozdzierane, tak miejskie jak kachalne. Ulice główniejsze w trzech latach, a uboczne po kolei wybrukował, i rynek z gruzów oczyścił.“

Źródło:

Materyały do dziejów hygieny i pollicyi lekarskiej w dawnej Polsce, 1867

Wesprzyj portal, udostępniając znajomym:

W tym miesiącu wspierają Nas:

Zapraszamy na nasze pozostałe serwisy:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Obserwuj nas