W 1862 roku kwestia edukacji wiejskiej w okolicach Lublina wciąż pozostawała nierozwiązanym problemem. Jak wynika z relacji opublikowanej w piśmie „Czytelnia Niedzielna”, mieszkańcy poszczególnych wsi radzili sobie z nim w bardzo różny sposób – od codziennych wędrówek dzieci do sąsiednich miejscowości po oddolne inicjatywy zakładania szkół.
We wsi Turka pod Lublinem nie istniała wówczas szkoła. Włościanie, chcąc zapewnić dzieciom naukę, zmuszeni byli wysyłać je do Pliszczyna, oddalonego o około ćwierć mili. Dystans ten, choć dziś może wydawać się niewielki, w realiach połowy XIX wieku oznaczał dla dzieci codzienną, uciążliwą drogę. Pliszczyn pełnił w tym czasie rolę lokalnego ośrodka oświatowego – miejscowa szkoła została w źródle określona jako „wzorowo urządzona”, co sugeruje dobre warunki nauki i organizację placówki.
Inaczej wyglądała sytuacja w Świdniku, należącym wówczas do szpitala św. Wincentego w Lublinie. Tamtejsi włościanie wystąpili z inicjatywą założenia szkoły we własnej wsi. Co istotne, nie ograniczyli się do samego postulatu – zadeklarowali gotowość złożenia funduszy potrzebnych na jej uruchomienie. Projekt został przedstawiony zarządcy wsi, który z kolei przyrzekł wsparcie ze strony administracji. Pomoc ta miała obejmować stały datek pieniężny, dostarczenie drewna, ordynarię dla nauczyciela oraz inne niezbędne świadczenia.
Przytoczone informacje pokazują, że tuż przed wybuchem powstania styczniowego edukacja na lubelskiej wsi opierała się w dużej mierze na inicjatywie samych mieszkańców. Tam, gdzie istniała dobrze zorganizowana szkoła – jak w Pliszczynie – korzystały z niej także dzieci z okolicznych miejscowości. Gdzie indziej, jak w Świdniku, dojrzewała dopiero potrzeba stworzenia własnej placówki, wspieranej zarówno przez włościan, jak i lokalny zarząd.
Źródło: „Czytelnia Niedzielna”, 1862, nr 9.
Dodaj komentarz