Był zwyczajny dzień roku 1925, gdy nagle — około pierwszej po południu — po Lublinie rozeszła się niepokojąca wieść. Mówiono, że w miejskiej gazowni wybuchł pożar. Wystarczyło kilka minut, by plotka zamieniła się w realne zagrożenie, a spokojne dotąd miasto zaczęło żyć jednym tematem.
Z koszar Miejskiej Zawodowej Straży Ogniowej niemal natychmiast ruszyły dwa plutony, w tym pluton kominiarzy. Wozy z sikawkami pędziły na miejsce, a ich galopem poruszające się zaprzęgi przyciągały spojrzenia przechodniów. Gazownia była obiektem szczególnym — jej ewentualne zajęcie się ogniem mogło oznaczać katastrofę o trudnych do przewidzenia skutkach.

Na miejscu szybko okazało się, że ogień nie pojawił się w samych instalacjach gazowych. Płonął dach stajni w zabudowaniach gospodarczych sąsiadujących z zakładem. Jednak silny wiatr sprawił, że teren gazowni w krótkim czasie wypełnił się gęstymi, ciężkimi kłębami dymu. Przez moment trudno było zorientować się w sytuacji — widoczność malała, a zagrożenie wydawało się większe, niż było w rzeczywistości.
Strażacy szybko opanowali sytuację. Odszukali ognisko pożaru i zdecydowali się na radykalny, ale skuteczny krok: przerąbali dach, by odciąć drogę rozprzestrzenianiu się ognia. Jednocześnie uruchomiono cztery prądy wody. Już po niespełna dziesięciu minutach można było mówić o zlokalizowaniu pożaru. To, co jeszcze chwilę wcześniej groziło całemu zakładowi, zostało opanowane.
Dogaszanie trwało jednak długo. Do akcji dołączyły kolejne formacje: ochotnicza straż kolejowa, straż wojskowa z dwoma samochodami oraz straż fabryczna z pobliskiej fabryki Plage i Laśkiewicza. Pomagali również pracownicy gazowni i strażnicy kolejowi. Była to jedna z tych sytuacji, w których całe zaplecze miasta — zawodowe i ochotnicze — działało wspólnie, bez oglądania się na kompetencje.
Wiadomość o pożarze przyciągnęła tłumy mieszkańców. Na miejsce przybyli także przedstawiciele władz: generał dywizji Romer, prezydent miasta Szczepański, pułkownik Kawecki i nadkomisarz Pisarski. Porządek wśród zgromadzonych utrzymywały oddziały policji konnej i wojska. Choć sytuacja była poważna, obyło się bez paniki.
Około godziny 14.30 akcję uznano za zakończoną. Zerwano niespalone fragmenty dachu, wyrzucono tlącą się słomę, a żarzące się belki obficie zalano wodą. Straże kolejno opuszczały teren gazowni, wracając do koszar. Straty okazały się niewielkie, a nikt nie odniósł obrażeń.
Przyczyna pożaru nie została jednoznacznie ustalona. Najczęściej wskazywano na nieostrożne obchodzenie się z ogniem — problem w tamtych latach wciąż powszechny. Wydarzenie to ponownie uruchomiło jednak dyskusję o stanie zabezpieczeń przeciwpożarowych i o zbyt pobłażliwym podejściu do zabudowań stojących w bezpośrednim sąsiedztwie kluczowych miejskich instalacji.
Dodaj komentarz