Październik 1944 roku. Lublin znajduje się w szczególnym momencie swojej historii. Front przesunął się już na zachód, ale wojna wciąż trwa, a miasto – jako siedziba Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego – staje się centrum nowej władzy. To tutaj zapadają decyzje polityczne, ale też tutaj powstaje nowy język opisywania rzeczywistości. Jednym z jego przykładów jest manifestacja robotnicza opisana w „Rzeczpospolitej” z 19 października 1944 roku.
Wydarzenie odbyło się w salach Monopolu Tytoniowego w Lublinie. Nie był to wybór przypadkowy. Zakład należał do największych w mieście i skupiał środowisko robotnicze, które w ówczesnej narracji miało stanowić fundament nowego państwa. Prasa podkreślała, że ogromny budynek został „szczelnie wypełniony szarym tłumem”, a ściany udekorowano biało-czerwonymi sztandarami i zielenią. Ten obraz miał znaczenie – pokazywał jedność, masowość i poparcie. Jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że był to obraz starannie zbudowany, a nie spontaniczny.

Oficjalnym powodem zgromadzenia był protest przeciw „mordom skrytobójczym”. To określenie pojawia się w tytule i powraca w przemówieniach, ale jego znaczenie wykracza daleko poza dosłowność. W rzeczywistości chodziło o narastający konflikt polityczny. Na terenach kontrolowanych przez PKWN działało podziemie niepodległościowe, dochodziło do zamachów i aktów przemocy, a sytuacja była napięta i niejednoznaczna. Tymczasem język artykułu nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Przeciwnicy nowej władzy zostają nazwani „bandą zbrodniarzy” i „reakcją”, a ich działania – czystym terrorem.
Pierwszy głos zabrał kpt. Witaszewski, przedstawiciel PPR. Jego wystąpienie, przerywane – jak podkreślano – burzą oklasków, było modelowym przykładem ówczesnej retoryki. Z jednej strony pojawia się pochwała „demokracji polskiej” i Wojska Polskiego, które mają odbudowywać państwo. Z drugiej – wyraźne wskazanie wroga. Witaszewski mówi o tych, którzy „strzelają do działaczy demokratycznych” i niszczą to, co „ukochało Polskę najgoręcej”. W tym samym czasie pada wezwanie do ogólnonarodowego protestu. Nie jest to więc tylko opis sytuacji, ale próba mobilizacji i ustawienia odbiorców po konkretnej stronie.
Szczególnie mocno wybrzmiewa wątek Stanisława Mikołajczyka. Z mównicy pada żądanie, by jednoznacznie określił swoje stanowisko wobec przemocy. Nie jest to neutralne pytanie, lecz forma nacisku. Mikołajczyk, który w tym czasie prowadzi rozmowy w Moskwie i próbuje znaleźć kompromis polityczny, zostaje wciągnięty w narrację, w której każda odpowiedź może zostać wykorzystana przeciwko niemu.
Jeszcze dalej idzie przedstawiciel Stronnictwa Ludowego, który w swoim przemówieniu odnosi się do Powstania Warszawskiego. Zostaje ono przedstawione jako działanie „klikowe”, nieprzemyślane i tragiczne w skutkach. To jeden z najbardziej uderzających fragmentów tekstu, pokazujący, jak szybko zaczęto reinterpretować wydarzenia, które dziś mają zupełnie inne znaczenie w zbiorowej pamięci. W tym ujęciu powstanie nie jest heroicznym zrywem, lecz politycznym błędem, za który odpowiedzialność ponoszą przeciwnicy nowej władzy.
W tym samym wystąpieniu pojawia się także wątek reformy rolnej. Mówca podkreśla, że przejmowanie ziemi nie wynika z „zachłanności”, lecz z potrzeby likwidacji „odwiecznej niesprawiedliwości”. To ważny element całej manifestacji, która nie ogranicza się do potępienia przeciwników, ale równocześnie uzasadnia kierunek zmian społecznych. W ten sposób protest przeciw przemocy zostaje połączony z programem politycznym.
Im dalej w relację, tym ostrzejszy staje się język. Przeciwnicy określani są jako „wrzód na organizmie”, który musi zostać usunięty. Takie sformułowania nie są przypadkowe. Budują obraz rzeczywistości, w której nie ma miejsca na dialog, a jedynym rozwiązaniem jest eliminacja zagrożenia. To język, który nie tylko opisuje świat, ale go porządkuje i upraszcza.
Całość kończy się odczytaniem rezolucji i podkreśleniem jednomyślnego poparcia zgromadzonych. Obraz jest spójny: robotnicy, partie polityczne i przedstawiciele władzy mówią jednym głosem. Trudno jednak zapomnieć, że jest to obraz wykreowany przez gazetę będącą organem PKWN. W rzeczywistości społeczeństwo było znacznie bardziej podzielone, a konflikt – głębszy, niż sugeruje to relacja.
Manifestacja w Monopolu Tytoniowym jest dziś interesująca nie tylko jako wydarzenie, ale przede wszystkim jako świadectwo tamtych czasów. Pokazuje moment, w którym w Lublinie – tymczasowej stolicy nowej Polski – rodził się nie tylko system polityczny, ale także sposób opowiadania o rzeczywistości. To właśnie w takich salach, wśród robotniczych tłumów i przy dźwięku oklasków.
Źródło:
Rzeczpospolita : organ Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. R. 1, nr 77 (19 października 1944)
Dodaj komentarz