Czerwiec 1869 roku. Gdy w gospodarstwach kończą się już wiosenne zasiewy, a praca na chwilę zwalnia, pojawia się coś równie cennego jak urodzaj — czas. To właśnie wtedy Mścisław Brona, zmęczony codziennymi troskami i — jak sam pisał — nieustannymi kłopotami, postanowił wyrwać się z prowincji i udać do Lublina.
Nie była to decyzja przypadkowa. Lublin zaczynał wówczas żyć nie tylko handlem czy urzędami, ale także rozrywką. Coraz głośniej mówiło się o Foksalach — modnych miejscach spotkań, spacerów i zabaw. Brona zaplanował więc wyjazd z wyczuciem: przyjazd w sobotę, niedziela na odpoczynek i powrót w poniedziałek — zanim obowiązki znów przywołają go do porządku.
Niedziela w Sławinku
To jednak nie samo miasto stało się celem jego najciekawszej wyprawy. W niedzielę, korzystając z pięknej pogody, Brona wraz z licznym towarzystwem ruszył do Sławinka — miejsca znanego z „żelaznych wód”, którym przypisywano właściwości zdrowotne.
Podróż odbywała się różnie: jedni szli pieszo, inni jechali wozami, a sam Brona korzystał ze swojej dryndy. Już sama droga była częścią przyjemności — letnia aura, ruch i towarzystwo sprzyjały nastrojowi wycieczki.
Na miejscu czekał obraz niemal kurortowy.
Sławinek tętnił życiem. Pojawiło się „piękne towarzystwo” — eleganckie panie, dzieci, młode mężatki. Jedni oddawali się rozrywkom, jak huśtawki, inni próbowali zmyć z siebie miejski kurz, a jeszcze inni — zmęczeni spacerem — szukali sposobu, by odzyskać siły.
Zderzenie z rzeczywistością
I tu zaczyna się właściwa relacja Brony — nieco ironiczna, momentami wręcz złośliwa.
Bo choć Sławinek przyciągał ludzi i miał ambicje miejsca wypoczynkowego, to w kluczowym momencie zawodził.
Największy problem? Bufet.
A właściwie jego brak.
Bufet był zamknięty „jak najszczelniej”. Dla przybyłych oznaczało to jedno: głód. Nie było gdzie kupić nawet najprostszej przekąski. Jak pisał Brona — można było tylko usiąść i rozpaczać. Ratunkiem miał być dwór, gdzie sprzedawano mleko. Problem w tym, że ceny były — delikatnie mówiąc — wygórowane. Tak wysokie, że autor porównał je do tych z wystawy paryskiej, co w tamtych realiach było niemal synonimem luksusu i przesady.
I tu pojawia się jeden z najciekawszych fragmentów relacji — swoisty ekonomiczny paradoks. Tuż obok, w zwykłej karczmie, mleko było wyraźnie tańsze. Brona z przekąsem zauważa, że logika podpowiadałaby, iż drogi sprzedawca szybko się wzbogaci, a tani — zbankrutuje. Tymczasem on sam nie jest tego wcale pewien i oddaje osąd czytelnikom.
To drobna scena, ale znakomicie oddaje klimat Sławinka — zderzenie ambicji „uzdrowiska” z realiami prowincjonalnego biznesu.
„Można tu umrzeć z głodu”
Relacja Brony kończy się wyraźną krytyką.
Jego zdaniem Sławinek miał ogromny potencjał, ale był zwyczajnie zaniedbany. Brak bufetu uznaje nie tylko za niedogodność, lecz wręcz za stratę dla właściciela. Dziwi się też, że nikt nie wpadł na pomysł stworzenia zaplecza gastronomicznego — czegoś, co przyciągnęłoby ludzi i pozwoliło zarabiać.
Zamiast tego — jak pisze — postawiono jedynie „słup z kółkiem”, który trudno uznać za poważną infrastrukturę.
W jego ocenie sytuacja była wręcz absurdalna: miejsce odwiedzane przez tłumy nie oferowało podstawowych warunków. Brona podsumowuje to bez ogródek — w Sławinku można było „umrzeć z głodu i znaleźć się pod gołym niebem”.
Mała relacja, duży obraz
Choć tekst Brony to tylko krótka relacja z jednej niedzielnej wycieczki, kryje się w nim znacznie więcej. To zapis momentu, w którym okolice Lublina zaczynały odkrywać potencjał rekreacyjny i uzdrowiskowy — ale jeszcze nie do końca potrafiły go wykorzystać. To także obraz rodzącej się kultury wypoczynku: spacerów, wspólnych wyjazdów, mody na „zdrowe wody”. A przy tym — jak to często bywa w źródłach — nie brakuje tu ironii, obserwacji społecznych i bardzo ludzkiego rozczarowania. Bo nawet w XIX wieku jedno pozostawało niezmienne: można wybaczyć wiele, ale nie brak jedzenia po długim spacerze.
Źródło:
Kurjer Lubelski 1869, R. 4, nr 47
Dodaj komentarz