W zimowy wieczór 19 grudnia 1927 roku na lubelskich Tatarach doszło do groźnego pożaru, który mógł zakończyć się znacznie większą tragedią. Ogień pojawił się późno w nocy i bardzo szybko objął dach jednego z budynków mieszkalnych, stwarzając zagrożenie dla jego mieszkańców.
Pierwsze oznaki pożaru zauważył posterunkowy straży ogniowej pełniący dyżur na balkonie Bramy Krakowskiej. Około godziny 23.30 dostrzegł on wyraźną łunę nad dzielnicą Tatary i natychmiast zaalarmował jednostkę. Strażacy niezwłocznie ruszyli na miejsce.
Gdy dotarli na Tatary, sytuacja była już bardzo poważna. Dach w mieszkaniu dyrektora fabryki dachówek „Eternit” stał w płomieniach i był częściowo spalony. Ogień zaczął przenosić się na klatkę schodową, a stamtąd mógł szybko rozprzestrzenić się na kolejne mieszkania.
Akcja ratunkowa skupiła się więc przede wszystkim na powstrzymaniu ognia i ocaleniu części wspólnych budynku. Pod kierownictwem komendanta Lecewicza strażacy przez ponad dwie godziny walczyli z żywiołem. Ostatecznie udało się opanować sytuację i zapobiec zniszczeniu klatki schodowej, co prawdopodobnie uratowało cały budynek przed całkowitym spaleniem. Około godziny drugiej w nocy jednostki mogły wrócić do remizy.
Jak ustalono, przyczyna pożaru była wyjątkowo prozaiczna, ale i niebezpieczna. Na strychu znajdował się zbiornik wody używany przez dyrektora fabryki. W czasie silnych mrozów zamarzł on, mimo że był zabezpieczony słomą. W niedzielę próbowano rozwiązać problem, podpalając słomę wokół zbiornika, by go rozmrozić. Zabieg wykonano jednak nieostrożnie – po jego zakończeniu nie sprawdzono dokładnie sytuacji i ponownie obłożono zbiornik świeżą słomą. W ten sposób powoli zaczął tlić się ogień, który ostatecznie przerodził się w pożar.
Co szczególnie zaskakujące, mieszkańcy domu nie zauważyli zagrożenia. Jeszcze tego samego dnia rozwieszali na strychu bieliznę, nie dostrzegając żadnych oznak ognia. Dodatkowo w mieszkaniu dyrektora nie działał telefon, co mogło utrudnić szybkie wezwanie pomocy.
Straty oszacowano na kilka tysięcy złotych – kwotę znaczną jak na realia końca lat 20. Na miejscu pojawił się także prezydent Lublina Stanisław Pączek, który osobiście obserwował przebieg akcji ratunkowej. Warunki, w jakich pracowali strażacy, były wyjątkowo trudne. Silny mróz powodował zamarzanie wody używanej do gaszenia ognia, a jeden z uczestników akcji doznał odmrożenia ucha.
Pożar na Tatarach stał się wówczas przestrogą dla mieszkańców miasta. Pokazał, jak niebezpieczne mogą być próby radzenia sobie z zimowymi problemami przy użyciu ognia – zwłaszcza na strychach pełnych łatwopalnych materiałów. Mogło to skończyć się gorzej.
Źródło:
Ziemia Lubelska 1927, R. 23, nr 350
Dodaj komentarz