W 1913 roku około godz. 7.30 wieczorem, gdy w zabudowaniach fabrycznych było bardzo mało ludzi, główny chemik cukrowni „Lublin”, Zygmunt Laskowski, praktykant cukrowniczy Stanisław Niecięgiewicz i inż. cukrowni W. Mijakowski znajdowali się w laboratorium chemicznym.

P. Laskowski, chcąc otworzyć świeżo otrzymany z Warszawy z firmy Berent i Plewiński balon metalowy ze sprężonym tlenem, usiadł, wziął go między kolana i po zdjęciu wierzchniego okrycia, próbował odkręcić
wentyl kluczem. Praktykant pomagał mu przy tym, stojąc przy kolanie. Obecny dotychczas p. Mijakowski opuścił laboratorium, udając się na swoje stanowisko.

Nie upłynęła nawet minuta, gdy rozległ się ogłuszający huk, a jednocześnie buchnęły z lokalu laboratoryjnego (połączonego szklanymi oknami z główną halą maszyn) słupy niebieskawego płomienia. Wybuch był tak wielki, iż przypuszczano, że pęki kocioł lub w oddziale maszyn nastąpiła jakaś eksplozja. Szyby w głównym budynku i frontonie powypadały, w laboratorium zaś siła wybuchu wysadziła grube żelazne ramy i kraty okienne, inne
znów powyginała. Jeden z najbliżej znajdujących się w hali maszyn pracowników cukrowni chwycił aparat do gaszenia ognia systemu „Simplek” i rzucił się do laboratorium, za nim pośpieszył jeden z robotników z drugim aparatem.

Po ugaszeniu ognia przedstawił się straszny widok; siła wybuchu rozerwała i daleko odrzuciła ciało p. Laskowskiego, zwłoki p. Niecięgiewicza opalone, z urwaną nogą leżały w pobliżu. Całe laboratorium kompletnie zniszczone, powyrywane kawały muru, podłoga w miejscu, gdzie stał balon — wybita, sufit uszkodzony, a w znajdującym się nad laboratorium kantorze akcyzy meble zupełnie rozbite.

Kawałki szkła z okien laboratoryjnych utkwiły w ścianach zbiorników, znajdujących się na drugiej stronie wielkiej hali. Zawezwani telefonicznie z miasta lekarze Kiełczewski i Korczak, przybyli prawie natychmiast — naturalnie znajdując już tylko dwa trupy. Zaalarmowana straż ogniowa nadjechała w niecałe pół godziny po wypadku, ale nie miała pola do działania. Zjawiły się też władze policyjne.

Przeczytaj także:  Zamawiaczka z okolic Lublina.

Według opinii rzeczoznawców wybuchu nie mogło wywołać wydobywanie się normalne tlenu. Wskutek czego nastąpiła katastrofa — trudno zgadnąć. Należałoby dokładnie sprawdzić, czy w balonie nie było czego innego, czy
nie nastąpiła jakaś pomyłka. Ale tego nie zrobiono.

***

Tragicznie zmarły Zygmunt Laskowski, liczył lat 30. Jako syn profesora Uniwersytetu Genewskiego wychowywał się i kształcił za granicą, pragnął jednak pracować w kraju i już od 4 lat zajmował stanowisko głównego chemika w cukrowni lubelskiej. Lubiany i poważany przez kolegów i podwładnych za uczynność i prawość charakteru
pomimo młodego wieku zyskał sobie ogólne zaufanie i przyjaźń.

Druga ofiara katastrofy to młody, bo zaledwie dwudziestoletni Stanisław Niecięgiewicz – od dwóch lat praktykował w cukrowni. Był on synem dyrektora Towarzystwa Wzajemnego Kredytu dla drobnego przemysłu i handlu. Eksportacja zwłok do kaplicy po Bernardyńskiej nastąpiła od razu po zajściu.

Żródło:

Kurjer, 1913 nr 117, [http://dlibra.kul.pl/Content/37524/38045_V-0361_Kurjer–R–8–nr-117.pdf – dostęp sierpień 2021]

Podziel się

Tomasz Brzuszkiewicz

historyk, miłośnik historii Lublina. web-developer