W odległych wiekach wiara w czary szerzyła się po wielu miastach polskich. Nie inaczej było w Lublinie, o czym pisał Jan Riabinin w 1936 roku.

Suchoty dziecięce

Przede wszystkim wierzono, że dziecko choruje po wpływem jakiejś złej siły. Tak było w 1631 roku, gdy na suchoty zachorowało dziecko lubelskiej kaletniczki p. Michałowej Dankowiczowej.  Kupiła ona szeląg mięsa jałowicznego. Po oparzeniu z ziołami w dzbanku obmyła 3 razy swoje dziecię. To miało pomóc.

Pępuszek dziecięcy na oślepienie przeciwnika

Również w 1631 roku pod Trybunał stawiła się p. Kowalska z p. Krakowczykową. Do uczciwej Anny, żony Jana Czapnika udała się p. Kowalska z prośbą o pępuszek dziecięcy. Ów pępuszek miał być użyty przez p. Kowalską na oślepienie p. Krakowczykowej.

Kijanka na dachu przeciw chorobie lunatycznej

W 1741 roku znaleziono na rynnie dachu złotnika i elekta lubelskiego Bartłomieja Krzemińskiego kijankę (rodzaj kukły?) ubraną i przyozdobioną wstążkami jak dziecko. Okazało się, że wystawili ją państwo Usarscy, znani wówczas krawcy i elekci lubelscy. Ich córka nagle zachorowała na dziwną chorobę. Wezwana gospodyni z Dysa rozpoznała u niej chorobę lunatyczną. Poleciła w związku z tym zdjąć koszulę z dziecka i wystawić na dach.

Okurzanie ziołami i siarką przeciwko szaleństwu

W 1743 roku niejaki Jakub Izraelowicz zeznawał przed lubelskim urzędem nt. swojej córki. Kilka lat wcześniej jego dziecko oszalało. Jak sam przyznawał robiła różne dziwne rzeczy, m. in. biegała po ulicy. Próbował różnych kuracji, przyprowadzał cyrulików, woził do Zamościa i Ciechanowa. I nic. Wtem jedna kobieta-wróżka poleciła zawiesić niewiastę do góry nogami i kurzyć różnymi ziołami i siarką. Jeśli przy niej nie ma nic (pewnie chodziło o diabła) to ozdrowieje, jeżeli jest, to jak zeznawał Jakub – wola boska. Kasia, bo tak miała na imię, owe kurzenie wytrzymała i przeżyła.

Sznurki ze spodni męskich nakłaniają serce do miłości.

Kiedyś wierzono, że sznury wisielcze i postronki szubieniczne przynoszą szczęście. W 1680 roku po Lublinie chodziła Katarzyna Karwatowa. Ludność miejska nazywała ją czarownicą, gdyż posyłała swojego syna pod szubiennicę, aby zbierał powrozy tych, które opadają z szubienicy od złodziei.

Ciekawsza jest historia dotycząca sznurków spodni męskich. To one miały pobudzać serce do miłości. W latach 1661 – 1662 w naszym mieście na terenie jurydyki Najświętrzej Marii Panny miała miejsce sprawa Reginy Sokołkowej. Owa Regina przed poślubieniem swojego męża Stanisława Stelmaszka nieporządnie się sprawowała, nie tak jak przystawało na stan panieński. Stało się, że zaszła w ciążę, a następnie ją usunęła po wypiciu specjalnej mikstury. A że Stelmaszek Sokołek nie chciał się z nią żenić, poszła do bab czarownic – aby „zaczarowały jej chłopa”. W tym celu paliła z babą Baranową i innymi sznurek od męskich spodni. Pozwana do sądu twierdziła, że do bab nie udawała się dla czarów, a dla wyleczenia od żółtej choroby. Sąd nie uwierzył Reginie i skazał ją na tortury z aplikacją ognia, a następnie na spalenie na stosie.

Profanowanie rzeczy poświątynnych

Za świętokradztwo w XVII wiecznym Lublinie groziły tortury z finałem na stosie. Niektórzy szczególną wagę przywiązywali do rzeczy poświątynnych, przedmiotów do sprawowania Mszy Św. Miały one wpływać na płodność kobiety.

W 1636 roku pewien Żyd sprzedawał wzorzysty fartuch. Wzbudziło to podejrzenie, że został on ukradziony z kościoła. Wtrąciła się do tego p. Anna Bortnicka, która uświadomiła obecnych, że kiedy ktoś „kupi rzeczy kościelne będzie dziewka lub syn; ile święte rzeczy kto nabędzie, prędzej dziecie będzie albo córka albo syn”. Nie wiadmo tylko czy to było wierzenie samej Anny, czy całego lubelskiego pospólstwa.

Rzeczy poświątynne podlegały prawu karnemu. W 1759 roku Stanisław z Łazów Duńczewski pisał, że co starsze czarownice używały św. sakramentów i olejów. W Lublinie pieczone z konsekrowanych komunikantów placki miały wpływać na wyroki sędziów trybunalskich, a przecedzone przez Najświętszy Sakrament mleko nie podlegało urokowi czarownicy.

O skupowanie rzeczy kościelnych, namawianie do wykradania hostii posądzano głównie Żydów. Poświęcone hostie miały być im potrzebne na sądny dzień. Na przesłuchaniach z torturami zadawano pytania: Gdzie podział hostię i na jaki pożytek ją obrócił, na jakie czary, i czy komuś szkodziły te czary czy też nie; z kim tej hostii zażywał i czy ją przekuwał.

Komunikanty zdobywano nie tylko przez włamanie do kościoła. W 1630 roku osądzono na stos niejakiego świętokradcę Mateusza. Był rozszarpywany rozżarzonymi szczypcami na rynku lubelskim, następnie wyprowadzony poza miasto i spalony na stosie. Zeznał, że schował w ustach Najświętszy Sakrament, a następnie go wyjął i schował do chusteczki. A następnego dnia tą chustkę zostawił u oo. Jezuitów (w Katedrze). Na pierwszych torturach Mateusz wskazał 3 Żydów, którzy polecili mu to zrobić za 10 złotych. Na następnych cofnął zeznania, gdyż miał nadzieję na wyjście z więzienia. Na próżno.

Źródło:

J. Riabinin, Jeszcze o czarach i gusłach w dawnym Lublinie, Lublin 1936 [https://polona.pl/item/67867125/0/ – dostęp sierpień 2017]

historyk, miłośnik historii Lublina. web-developer