W „Expressie Lubelskim i Wołyńskim” z 1937 roku pisano o niecodziennych „zjawiskach” na jednej z ważniejszych ulic Śródmieścia. Chodzi oczywiście o tytułową ulicę Szopena, którą jeden z dziennikarzy porównał do warszawskiego Czerniakowa.

Gdy zaczynała się pora wieczorna, ulica stawała się istnym przytuliskiem dla pań o lekkich obyczajach, w ślad za którymi pojawiali się ich „stali przyjaciele”, czyli po prostu pijani amatorzy podniebnych uniesień i inne rzezimieszki. Tak więc było to idealne pole do przeróżnych awantur i bójek, do których dochodziło nagminnie. Najgorzej było w lecie, kiedy mieszkańcy nie mogąc wytrzymać panujących upałów, nie mogli otworzyć okien, ze względu na dobiegające hałasy. Dzikie krzyki, wyzwiska i wołanie o pomoc, budziły, szarpały nerwy, tworzyły atmosferę stałego niepokoju mieszkańców, chcących spokojnie wypocząć, a przede wszystkim się wyspać.

Na domiar złego, pojawiła się wówczas także szajka opryszków zrywająca ze ścian i kradnąca szyldziki zamieszkującej ulicę inteligencji zawodowej. Jednemu z lekarzy zrywano już szyldzik parokrotnie. Nie było mowy również o pozostawianiu otwartych okien parterowych, gdyż wielokrotnie zdarzały się sytuacje, że złodzieje włazili przez otwarte okna do mieszkań i dokonywali kradzieży.

Źródło:

Express Lubelski i Wołyński, 1937 nr 141 – dod. 2, [http://bc.wbp.lublin.pl – dostęp październik 2015]

historyk, miłośnik historii Lublina. web-developer