Kiedy lubelskie niebo zaczyna spowijać morowe powietrze, a większość mieszkańców nie wychodzi bez potrzeby ze swoich izb, warto zajrzeć do historii, by zauważyć, że nie wszystkim zależało na powstrzymywaniu szerzenia się epidemii w ubiegłych wiekach.

W latach 1707 – 1712 Lublin nawiedziła kolejna epidemia dżumy. Podczas jej trwania, w 1711 roku pod sąd wójtowski postawiono 3 grabarzy, którzy mieli umyślnie szerzyć epidemię w celach zysku. Służyć miała temu specjalna maść sporządzona z mózgów i jelit zmarłych na dżumę ludzi.

Jeden ze świadków zeznał, że dwóch grabarzy celowo zostawiło w izbie zakrwawioną łopatkę człowieka po pogrzebaniu jego matki. Pomimo tego, że Anna Trucińska szybko zaniosła szczątki na cmentarz, niedługo po tym wydarzeniu zmarło jej dziecko.

Zdarzało się też tak, że podrzucano ludziom zapowietrzone, zakrwawione chusty, lub inne części garderoby i ukrywano w domach tak by nikt nie zdołał ich zutylizować. Najpowszechniejszym jednak „zwyczajem” było smarowanie klamek lub drzwi maścią z ludzkich mózgów. Tak było chociażby, jak zeznawał jeden z grabarzy Marcin Morawski. Kiedy na przykład nieśli ciało dziecka złotnika przez Grodzką, posmarowali tam drzwi paru domom i kamienicom. Proceder ten odbywał się także na Podzamczu oraz koło Bernardynów.

Aby pozyskać surowiec, wykopywano ciała złożone do grobów, rozbijano czaszkę i wybierano mózg, a także wyjmowano jelita. Potem całość była suszona i ucierano z tego maść. Następnie wkładano powstałą zawiesinę do drewnianego pudełeczka po tabace.

Innym procederem było także okradanie zmarłych z pierścionków i innych kosztowności.

Na pewno jesteście ciekawi dlaczego. No cóż. Grabarz nie był zawodem dość hojnie opłacanym, toteż wielu z nich tułało się po mieście prosząc o jałmużnę. Kiedy takowej nie dostawali, zostawiali mieszkańcom mały „prezent”. Tak więc cały ten proceder miał na celu wypełnienie swojej sakiewki. Smarowanie drzwi było bardzo skuteczne.

Na koniec warto powiedzieć, co stało się z wymienionymi grabarzami. Otóż w takiej sytuacji, w tamtych czasach wyrok mógł być tylko jeden. Skazanym obcięto najpierw ręce, potem głowy. Następnie korpusy pogrzebano, a głowy wraz z rękami powbijano na pal i ustawiono na miejskich rozstajach na widok publiczny.

Oczywiście można mieć wiele wątpliwości, co do prawdziwości zeznań, zwłaszcza, że były one spisywane podczas tortur tj. rozciągania bądź przypalania ciała.

Źródło:

Z. Klukowski, Sprawa o szerzenie dżumy w Lublinie w r. 1711 , W: Archiwum Historii i Filozofii Medycyny oraz Nauk Przyrodniczych 1927 T.6 z.1, [http://cybra.lodz.pl/dlibra/publication/3961/edition/3759/content – dostęp marzec 2020]

Tomasz Brzuszkiewicz

historyk, miłośnik historii Lublina. web-developer