Ida Gliksztejn
15 września, o godzinie mniej więcej 17 nadleciały bombowce i znowu się zaczęło. Wybuchy bomb wstrząsały miastem, a samoloty nad łąkami spuszczały się nisko, niziutko i kosiły z karabinów maszynowych. Nikt nie przypuszczał, że jesteśmy bez jakiejkolwiek obrony przeciwlotniczej, że już od pierwszych dni wojny jesteśmy zdani na pastwę złego losu.

Pierwszy wybuch mnie poderwał i uciekłam z dziećmi na łąkę. Nad moją głową pojawił się samolot. Był tak nisko, że widziałam twarz lotnika. Kule jak brzęczące ogniste osy krążyły wokół mojej głowy. Rzuciłam się z dziećmi w pokrzywy, gęsto w tym miejscu rosnące. Córka protestowała, bo pokrzywy parzyły jej buzię. A niemiecki zbój dalej krążył i strzelał. Nie wiem jakim cudem uniknęliśmy śmierci.
Gdy odleciał, porwałam dzieci i uciekłam do domu. Nalot na miasto trwał. Wszyscy mieszkańcy kamienicy zgromadzili się suterenach. Kobiety klękały i głośno się modliły. Mój 9 – letni synek też ukląkł i powtarzał: „Boże, zmiłuj się nad nami”.
Przypomniałam sobie, że nie otworzyłam okna w mieszkaniu, a pozostanie bez szyb w nadchodzącą zimę nie mogło należeć do przyjemności. Wpadłam do mieszkania. Ani jednej szyby w oknie. Z sypialnego pokoju ujrzałam z daleka płonący młyn Krausego, kilkanaście zrujnowanych domów, kilkadziesiąt ofiar ludzkich i życie toczy się dalej.Źródło:
APMM, Ida Gliksztejn, sygn. VII/0-20.

historyk, miłośnik historii Lublina. web-developer